Pamiętnik Stanisława Piwkowskiego

Część 2

Dziadek Julian Rogowski był administratorem majątków Werbkowiec-Wołkowyje i też daleko od Piask Szl. bo około 80 km. Ta sama odległość coś około 90 km była od Nabroża. Postanowili więc wspólnie dziadkowie ułożyć warunki młodym inaczej, a mianowicie : - Ponieważ jedna matka ubolewała nad córką, a druga tęskniła za synem, - uradzono założyć im sklep w Tyszowcach i to sklep kolonialno-spożywczy na większą skalę, nie zastanawiając się nad tym, że i w tych sprawach handlowych młodożeńcy nie mają też odpowiedniego przygotowania. Był jedyny tego plus, że młodzi byli blisko i jednych i drugich rodziców. Z Tyszowiec do Nabroża jest 7 km, a do Wołkowyj 12 km. Zlikwidowali więc moi rodzice gospodarkę w Piaskach, oddając ziemię w dzierżawę. 

Opowiadano mi, że przyjechał po nas dziadek Rogowski by nas zabrać. Opowiadano też w rodzinie związany z tym epizod. Otóż dziadek przyjechał po nas wolantem, by „pierworodny” półroczny pierwszy wnuk wygodnie odbył pierwszą tak długą i daleką – bo aż około 90 km podróż. Z Piask Szl. podobno wyjechali bardzo rano, tak że w Zamościu byli też wcześnie. Dziadek z matką drzemali wygodnie oparci,  a ojciec siedział na koźle z furmanem. Na przedmieściu Zamościa, z pomiędzy chałup wyskoczył opryszek, podbiegł do powozu i zerwał dziadkowi z głowy kapelusz, no i oczywiście wpadłszy między chałupy znikł bez śladu. Niczym ojciec zorientował się w sytuacji oprych zdążył skryć się, co zresztą nie było tak trudno. Molens – volens musiał biedny dziadczysko kupić coś na głowę. Taka to była moja pierwsza podróż przez Zamość.

W Tyszowcach rodzicom moim powodziło się, jak nieraz wspominali, bardzo dobrze i byłoby dłużej tak gdyby nie służba wojskowa mego ojca. Z tego też powodu musieli z żalem sklep zlikwidować na blisko 5-cio letni okres służby wojskowej, która obowiązywała w tym rodzaju broni tj. w konnej artylerii, do której został wcielony ojciec. A był to rok 1899 – jesień. Służbę wojskową odbywał ojciec w 5-ym pułku artyl. konnej w mieście Kołomna (120 km od Moskwy). Dla matki naszej nastały bardzo tragiczne chwile. Najpierw w kwietniu 1897 r. zmarła najmłodsza siostra matki – ciocia Wacia w wieku 15 lat na zapalenie płuc. W październiku 1898 r. zmarła babcia Michalina, w grudniu tegoż samego roku zmarł dziadek Julian, a nieco wcześniej w Warszawie brat matki Janek. - Ojciec w wojsku, rodzice [mamy] pomarli, a matka pozostała sama na łasce rodziny z dwojgiem małych dzieci, bo w lutym czy marcu 1899 r. urodził się brat mój Julian. Po pójściu ojca do wojska matka została prawie że osamotniona. 

Najpierw, na pewien czas zatrzymała się u dziadków Piwkowskich w Nabrożu, oczywiście po zlikwidowaniu sklepu w Tyszowcach. Likwidacja sklepu i otrzymane z tego sumy pieniężne  zabezpieczały matce byt i materialne uniezależnienie. Tak to jednak zawsze bywa, że jeśli ktoś ma jakieś zasoby pieniężne to ma i chętnych opiekunów, a zwłaszcza kobiety. Matka nasza, jak słyszałem z opowiadań dziadków Piwkowskich, ciotki Stasi Rogowskiej i innych, była bardzo ambitną oraz nieznosiła choćby ledwo wyczuwalną łaskę w każdym wypadku. Dawała pieniądze na utrzymanie nas a i nieraz sama kupowała jeśli zauważyła że czegoś brak. 

Oczywiście, że zebrane sumy z likwidacji sklepu w Tyszowcach nie mogły wystarczyć na blisko 5-cio letni okres pobytu ojca w wojsku. Ale mieli dziadkowie Rogowscy Piaski Szlacheckie, z których w miarę potrzeby sprzedawano po kilka morgów. A że ziemia była b.dobra i chętnych do kupna dużo, a więc i kłopotów ze sprzedażą nie było. Pamiętam, że ziemię i kawałek lasu na tak zwanym „Bartoszu” kupowali z rodzin tamtejszej szlachty :( Lipscy, Kędzierscy, Mazurkiewicze, Jaślikowscy i inni. 

Lpiska i Jaśliowska były ciotecznymi siostrami mojej matki. Jaślikowscy sprzedali potem ziemię w Piaskach i kupili w Trzeszczanach, w sąsiedztwie drugiej siostry – Bernackiej. Przy tej okazji muszę nadmienić, że Jaślikowski zginął tragicznie w 1913 r. Został zmiażdżony przez kolejkę wąskotorową na wadze buraków w cukrowni Nieledew, gdzie pracował jako rządca placowy. Zostało po nim wówczas 2-je dzieci, syn i córka w wieku około 14 – 15 lat. Bernaccy mieli około 70 mórg ziemi, a Bernacki był ławnikiem przy sądzie w Hrubieszowie przez 40 lat. (od 1899 do 1939 r.) Znałem go osobiście, a był to znany i prawy człowiek, ale słynął ze skąpstwa, chociaż moim zdaniem była to raczej oszczędność. Byli bardzo gościnni i towarzyscy, przyjaźnili się ze stryjostwem Jankami, kiedy ten ostatni był rządcą w Trzeszczanach (1916 – 1918 r.). Wracam jednak do tematu zasadniczego.

Jak już wspomniałem, matka nasza przez pewien niedługi okres zatrzymała się z nami u dziadków Piwkowskich w Nabrożu. Zaznaczam niedługi okres bo dokładnie nie pamiętam, a przy tym matka nasza nie lubiała babki, natomiast bardzo lubiała dziadka, zresztą nawzajem. Matka była zacności istotą lecz wybuchowa, ale nigdy w stosunku do dziadka i jak pamiętam – nigdy nie dochodziło pomiędzy nimi do najmniejszej sprzeczki a wręcz przeciwnie i nie zachodziła potrzeba wzajemnych ustępstw. Po śmierci dziadków Rogowskich matka nasza sprowadziła się do swego brata Feliksa, ówczesnego rządcy w Łykoszynie, gdzie prowadziła mu gospodarstwo.

Łykoszyn z tych czasów pamiętam dobrze. Pamiętam też stróża nocnego – Rupę, który wieczorami przychodził do wuja Feliksa z relacjami co się dzieje w stajni, oborze, owczarni, wołowni itd. Rupa palił fajkę, miał wtedy (w mojej obecnej wyobraźni) około 50 do 60 l. Siadywał w kuchni i gawędził ze służącą Hanką. Mnie wysyłano z pokoju bym prosił Rupę o popalenie fajki, z warunkiem całowania w kożuch. Ponieważ bardzo lubiałem fajkę to jednak tylko raz dałem się namówić na całowanie poły kożucha. Wybuch śmiechu już wtedy skonfundował mnie do tego stopnia, że przestałem „palić fajkę” i już nigdy nie namówiono mnie do tego choć byłem wówczas 2 i pół-letnim głuptasem. Ani ja ani Rupa nie wiedzieliśmy z czego wszyscy się śmieją. 

Z Łykoszyna wuj Feliks przeniósł się do Wożuczyna, majątku Wydźgów. Tam mieszkaliśmy w oficynie na piętrze. Wożuczyn nie podobał mi się. Tęskniłem za Łykoszynem, Rupą i gwizdkiem, który służył do wezwania stróża nocnego, a w tym wypadku Rupy. Jeśli zauważyłem że wuj Feliks sięga po gwizdek rogowy, zaczynałem go molestować by mi go dał a ja „poświstam” na ganku. Ale słabe było to moje „świstanie” gdyż Rupa przeważnie go nie usłyszał i dopiero na gwizd  wuja odzywał się gwizd Rupy, na takim samym gwizdku, jako potwierdzenie przyjętego sygnału. Za chwilę wtłaczał się do kuchni stróż – Rupa z gwizdkiem na jedwabnym sznurze na szyi i ogromną czereśniową pałką w garści z rzemieniem u jej (pałki) nasady. Cieszyłem się wtedy bardzo, że mogę na jego gwizdku pogwizdać w kuchni co niemiara, ale nie za głośno.

Jakkolwiek matka nasza była raczej wybuchowa, to współżycie rodziców było dobre. Nie pamiętam, a miałem 8 lat gdy matka nasza umarła, by pomiędzy moimi rodzicami zaszły jakieś konflikty na jakimś tam tle, jak to często bywa w małżeństwach. Takie same idealne współżycie było między dziadkami Rogowskimi.

Jesienią, a raczej już zimą 1900/1901 r. matka nasz pojechała do Kołomny odwiedzić ojca w wojsku, skontaktowawszy się wcześniej z ojcem co do terminu przyjazdu matki ze mną by mógł wynająć pokój na nasz tam pobyt. Dokładny dzień i godzinę naszego tam przyjazdu trudno było ówcześnie przewidzieć, zwłaszcza że do stacji kolejowej w Chełmie było około 80 km. Ale nadarzyła się okazja dobra i wygodna, bo do stacji Chełm szły konie po dziedzica, a więc wygodny powóz w czwórkę koni i ciepłymi baranicami na nogi. Inaczej wyglądałaby jazda lekką bryczką w tak daleką drogę. Pamiętam jazdę pociągiem i bieganie moje po korytarzu wagonu oraz znajomości z rówieśnikami. 

Do Kołomny przyjechaliśmy wieczorem. Matka pozostawiwszy mnie pod opieką właścicieli bufetu I-II kl., usadowiła mnie na jednej z większych waliz, mniejszą postawiła obok mnie i udała się do koszar na poszukiwanie ojca. Jak długo trwała ta nieobecność – dziś nie pamiętam, natomiast pamiętam że na odchodnym nakazała mi bym nikomu niepozwolił ruszyć waliz. Rodzice wróciwszy sankami z koszar (pamiętam był mróz) matka ukryła się bym jej nie widział powiedział natomiast do ojca by podszedł do mnie i próbował zabrać walizkę. Ojciec oczywiście podszedł i zaczął ciągnąć ją co widząc ja również chwyciłem za walizkę krzycząc „nierusz bo to moje”! Kilka razy tak przekomarzał się ze mną aż w końcu zobaczyłem matkę śmiejącą się i pytającą: „nie poznałeś ojca?”. Oczywiście że nie poznałem,- w szynelu, przy szabli itd. 

Pokój w mieście był już wynajęty i czekał na nas. W tym domu zawarłem znajomość z nieco starszym ode mnie Kolą. Bardzo szybko opanowałem język rosyjski i po paru tygodniach trzepałem jak rodowity Rosjanin. Na czas bytności tam naszej ojciec zamieszkał razem z nami, a codziennie rano przyjeżdżał konno luzak, prowadząc konia ojca. Był to żołnierz z koszar, Polak z lubelskiego, nazwiskiem Naszyński. Korzystałem z tego ponieważ Naszyński sadzał mnie na konia ojca i obwoził po podwórku,. Nie bałem się wtedy gęsi, które mnie – zwłaszcza gąsior – atakowały a nieraz i szarpały za futro. Tych gęsi bałem się panicznie!.

Do Nabroża musieliśmy wracać, bo matka była bardzo niespokojna o Julka, który pozostał w Wożuczynie, choć miała go zabrać ciotka Stasia do siebie do Tuczap, zaraz po naszym wyjeździe do Kołomny. Matka była wrażliwa i często z tego powodu widziałem ją płaczącą. Ostatecznie do domu tj. Wożuczyna wróciliśmy przed terminem.

Julka zastaliśmy u ciotki Stasi w Tuczapach, gdzie wuj, mąż ciotki był rządcą. – Wuj Feliks zaczął chorować (zapadać) na płuca, wobec czego lekarze zalecili mu Zakopane. Sprzedawszy kilkanaście morgów ziemi zaczął się szykować i starać o paszport do Zakopanego. (ówcześnie pod zaborem austryjackim). Matka nasza na prośbę dziadków Piwkowskich sprowadziła się do nich do Nabroża. Bardzo się z tego ucieszyłem, gdyż już nie będę musiał odtąd bać się karła pałacowego w Wożuczynie, któremu na imię było Bartosz. Był to monstrualnie brzydki karzeł, który upodobał sobie spacery pod oknami oficyn, w których mieszkaliśmy, a ja bałem się go jak ognia i bez służącej Hanki nie ryzykowałem zejścia na dół. Całymi dniami ów karzeł wałęsał się sam po parku, lub asystował starej pani dziedziczce.

Jesienią 1901 r. urodził się w Nabrożu brat Wacek. Pamiętam jego chrzciny w październiku czy listopadzie. Był to pierwszy przymrozek i ślizgałem się na płytkim rowie obok domu przy drodze, razem z „Jasiem” moim stryjem Jankiem. Wuj Feliks nie długo bawił z Zakopanem i za poradą lekarzy, którzy stwierdzili stan jego zdrowia za beznadziejny, zlecili mu pośpieszny powrót do domu jeśli chce umierać w rodzinnych stronach. Zmarł w Tupaczach 3.III.1901 r. u swego stryjecznego brata Jana, który był tam rządcą. Oczywiście na czas choroby wuja Feliksa byłem tam, a właściwie byliśmy tam, gdyż matka nasza pielęgnowała go. Długo w łóżku nie leżał, bo zaledwie tydzień i do ostatniej chwili chodziłem z nim na spacery. Pamiętam jak ciągnąłem go za rękę już nieżyjącego, wołając – wuju choć ze mną na spacer. Za swój pobyt i kłopoty wynagrodził swemu stryjecznemu bratu zostawiając mu pewną sumę pieniędzy, a dla siebie prosił o metalową trumnę. 

Po pogrzebie wuja Feliksa, ze sprzedanej części ziemi w Piaskach Szl. miała matka nasza trochę gotówki, a ojciec przyjechawszy na urlop zaproponował matce, by razem z dziadkami prowadziła sklep w Trzeszczanach. Ówcześnie sklepu tam nie było, nie licząc sklepiku w karczmie. Wynajęto więc dom u p. Henryka Wińskiego i założono sklep. Była to raczej namiastka sklepu do czasu powrotu ojca z wojska, co nastąpiło dopiero za rok. Czy ten sklep dawał dochody nie wiem, ale jeśli to raczej minimalne, zato było utrzymanie i jakie-takie zajęcie dla dziadków i matki.

Pamiętam że z Trzeszczan jeździliśmy na odpust do Krsnobrodu, ale najbardziej utkwił mi w pamięci odpust w Uchaniach na św. Antoniego w 1903 r. Pamiętam, że pojechaliśmy tam na noc, albowiem dziadkowie koniecznie w wigilię odpustu przystępowali do spowiedzi, a następnego dnia do Komunii Świętej. Nocowaliśmy w wynajętej stodole na sianie, co dla nas trojga dzieci było wielką uciechą. Pogoda była piękna, karuzela, katarynka, tłumy ludzi, całe rzędy dziadów i kalek różnego rodzaju. Pełne beczki i paczki czereśni, syfony wody sodowej, masy cukierków na stolnicach, całe szeregi stołów z kiełbasami, bułkami, pełno kramarzy z przeróżnymi świecidełkami, harmonijkami, fujarkami, papugi ciągnące losy na katarynkach, białe myszy, morskie świnki itd. itd. 

Znajomi, krewni, rodzina spotykali się z wielką radością, zapraszali się nawzajem do swoich wozów na pieczone pierogi, kurczaki, kiełbasy. Całowano się stokrotnie i przyrzekano spotkanie na przyszły rok i najbliższy odpust w okolicy. Słowo w zasadzie dotrzymywano, chyba że coś bardzo ważnego przeszkodziło, ale zdarzało się to raczej bardzo rzadko.

Duże zjazdy odpustowe odbywały się w Krasnobrodzie, słynnym z cudownego obrazu Matki Boskiej, w dniu 8 września. W Krasnobrodzie byłem raz, też w tym samym roku. Dziadek kupił nam pełną chusteczkę od nosa ! śliwek damach. Bardzo nam te śliwki smakowały, ponieważ były bardzo słodkie i nie cierpkie. Przejeżdżaliśmy w bród przez rzekę Wieprz, która gdzieś w tej okolicy (ściślej koło miejscowości Wieprzowe Jezioro pod Tomaszowem Lub.) bierze początek. Pokazywał nam dziadek – przed wjazdem do klasztoru – dwie sosny wiekowe, pochylone ku sobie po obu stronach szerokiej drogi, wiodącej do klasztoru. Miała tędy rzekomo przechodzić Matka Boska i drzewa się Jej kłaniały. Matka Boska rzekła: „A wy obie tak pozostaniecie pochylone, jako świadectwo żem ja tędy przechodziła...” Żegnaliśmy się pobożnie, a dziadek mówił o tym z tak silną wiarą, że ta wiara i mnie niezłomnie udzielała się. Do Krasnobrodu od nas tj. tych stron, było jak na ówczesne drogi i warunki komunikacji – dość daleko (coś około 35 do 40 km), a więc raczej rzadziej tam jeżdżono. Do najpopularniejszych odpustów i uczęszczanych przez niemal całą naszą rodzinę należy zaliczyć: Nabroż – 16 lipca, Kryłów – 8 września, Uchanie – 13 czerwca, Hrubieszów – 16 lipca, Moniatycze – 29 czerwca, Wojsławice – 15 sierpnia, Trzeszczany – 8 wrześ. 

Na tych właśnie odpustach najliczniej spotykały się nasze rody jak: Piwkowscy, Rogowscy, Budzanowscy, Potuszyńscy, Szypulscy, Niedziałkowscy, Kwiatkowscy, Kuczyńscy, Mąsiole, Bieluszkowie, Okońscy i wiele, wiele innych. Pamiętam te daty odpustów, albowiem bywałem tam w moich latach dziecięcych i młodości i dlatego tak mile o nich wspominam, ponieważ tam właśnie spotykaliśmy swoich najbliższych i znajomych, o czym będzie jeszcze okazja wspomnieć w tym pamiętniku.

Ojciec wrócił z wojska jesienią 1903 r. Byliśmy wszyscy – oprócz dziadka – na ogrodach przy wycinaniu kapusty. (babka, matka, ja, Julek i Wacek) My, jako mali zajadaliśmy się obieranymi kaczanami no i biegaliśmy. Ale dano znać że ktoś przyjechał i aby matka z babką zaraz przyszły. Nikt ze starszych nie spodziewał się że to właśnie wrócił z wojska nasz ojciec. Radość była wielka, natomiast my mali korzystaliśmy z zamieszania, dorwaliśmy się do tasaków i noży, które nieopatrznie pozostawili starsi i dawaj wycinać kapustę razem z palcami, co przytrafiło się właśnie mojemu bratu, 4-letniemu wówczas – Julkowi. 

Pobiegłem natychmiast by o tym zawiadomić kogoś, pierwszego zobaczyłem ojca, który natychmiast biegiem udał się na ogrodu (1/4 km) chwycił okrwawionego i płaczącego Julka i z nim udał się szybko do domu by mu zrobić opatrunek. Na szczęście była w domu jodyna i bandaż, zrobiono mu więc opatrunek, ale znak na palcu pozostał na całe życie, jako pamiątka powrotu ojca z wojska. Niedawno pisał do mnie z Rygby i przypominał mi ten fakt, tylko nie pamiętał jak to było i co za wojskowy niósł go na rękach. Oczywiście opisałem mu dokładnie okoliczności, rok i mniej-więcej miesiąc tego zdarzenie w jego życiu.

Wiosną 1904 r. ojciec zgodził się do majątku Sachryń na ekonoma. Sachryń należał do Piotrowskich, a był to bardzo duży majątek, niegdyś nawet z gorzelnią, o wspaniałej glebie – czarnoziemie. Zamieszkaliśmy w domu, w którym mieszkał też administrator majątku – Kasperski. Jako kawaler zajmował 2 pokoje i mieszkał razem z guwernerem, nazywanym przez nas dzieci – „Kozią bródką”, a to z racji noszonej przez niego krótkiej bródki. Prawdopodobnie to przezwisko nie wymyśliły dzieci tylko ktoś ze starszych dowcipnisiów. Przezwiska tego zabroniła nam używać matka, ale inne dzieciaki tak wołały gdy go zobaczyły. Musiał lubić dzieci skoro nie oburzał się, a nawet przeciwnie, uśmiechał się dobrodusznie a często i obdarowywał je cukierkami i agrafkami. 

Obok mieszkał wachmistrz policji – Smałow. Mieli kupę dzieci. Pamiętam z nich: Wiera, Luba, Nadia, Wania, Kola. Wiera i Luba były nowicjantkami w klasztorze, zabranym przez rząd carski w Turkowicach, a z Wańką i Kolą jako mniej-więcej rówieśnikami bawiłem się. Poza domem rozmawiali po polsku, w domu też choć rzadziej. Podobno matka ich była Polką, ale nie jestem tego pewny, choć tak wtedy mówiono. Z Kolą i Wanią wędrowaliśmy po zadrzewionych drogach, gdzie w przydrożnych krzakach gnieździły się ptaki. Znaliśmy każde niemal gniazdko, a zwłaszcza przy drodze do Malic. Pamiętam jak spadłem z drzewa na którym było gniazdo wilgi z młodymi. Jak padając na wznak nie mogłem złapać tchu, ale poleżawszy chwilę – „odeszło mi”. W pierwszych dniach sierpnia 1904 r. urodził się brat Felek. Pewnego dnia, a było to jakoś w końcu sierpnia albo w początkach września 1904 r. ojca powołano do wojska z powodu wojny rosyjsko-japońskiej, ale zaraz ojciec wrócił, gdyż wojna już się kończyła lub zakończyła. Matka to jednak bardzo przeżyła, już choćby sam fakt powołania ojca na wojnę na Daleki Wschód. Aż tu pewnego dnia przyjechał do nas konno brat matki Józef, który był wówczas pisarzem w Miętkiem, w majątku Świerzawskiego. Miętkie sąsiadowały gruntami z Sachryniem. Spotkawszy się na granicy z moim ojcem, często zapraszał go ojciec do nas na obiad. Tak właśnie było i wtedy – przyjechał więc wuj Józef i pozostawiwszy swego wierzchowca w folwarku, przyszli wraz z ojcem do domu.

Matka ucieszyła się bo lubiała Józia – brata. Był to mężczyzna wysokiego wzrostu, silnie zbudowany, młodszy od mego ojca o 1 rok (z 1879). Nazywali go od dziecięcych lat „derlędzą” a to, że głośno mówił (jak wszyscy Rogowscy). Po obiedzie ojciec poszedł na folwark by „ruszyć z obiadu”, a wuj Józef poprosił ojca by mu przyprowadzono jego konia. W kilkanaście minut po wyjściu ojca matka dostała silnych krwotoków ustami. Wysłano mnie na folwark bym powiadomił ojca o tym wypadku. Ojca zastałem stojącego na progu stajni folwarcznej, skąd wyprowadzono konia wuja Józefa. Ojciec był pewny że przybiegłem przejechać się na koniu, lecz w tym momencie ja zawrzeszczałem z płaczem „mama zachorowała”. Ojciec natychmiast wskoczył na konia, którego już osiodłanego wyprowadzono i popędził do domu. Ja pobiegłem za ojcem, a gdy przyszedłem do domu i wszedłem do pokoju, matka leżała na łóżku, trzymając okrwawioną chusteczkę przy ustach. Zacząłem strasznie piszczeć, bo tak silne wrażenie zrobił na mnie widok krwi przy ustach matki. Zaraz też wyprowadzono mnie z pokoju i kazano być cicho, bo mój krzyk i płacz może mamie zaszkodzić. Ojciec zaraz wrócił na folwark, by natychmiast wysłać konie po doktora do Tyszowiec. Zaczął padać deszcz, wuj Józef pozostał do przyjazdu doktora. 

Do Tyszowiec było około 8 km i był tam jeden lekarz nazwiskiem Kapuściński. Pamiętam jego przyjazd, bo po zbadaniu chorej matki zalecił okłady z lodu. Po lód wysłano mnie do dworu, ponieważ tylko tam była lodownia. W czasie pobytu lekarza bryczka odjechała na folwark, by zmienić bardzo zgrzane konie. Konie były całe obłocone i w pianie. W kilkanaście minut furman wymienił konie i doktór odjechał. Z apteki, oprócz lekarstw, które notabene mało wówczas były skuteczne, przywieziono też gumowy, hermetycznie zakręcany termos na lód. Termos ten bardzo mi się upamiętnił, bo między innymi moim obowiązkiem było napełniać go lodem. Julek z Wackiem molestowali mnie zawsze o kawałek lodu, którym rozkoszowali się ssąc go, a kiedy nie chciałem im go dać, matka wybierała drobne kawałeczki i dawała im. W czasie choroby (w początkach) stałej służący nie było, a tylko dochodząca baba do dojenia krów, obrządku świń itp., zaraz jednak przyjęto kobietę na stałe, - nazywała się Weronika.

Ja najstarszy z dzieci miałem 7 lat skończone w maju, Julek 5 lat, Wacek 3 no i Felek parę tygodni. Dano znać do dziadków do Łykoszyna i razem z babką przyjechał stryj Janek, powszechnie zwany „Jasio” albo „Jankiel”. Babka spłakała się lecz musiała wracać, ale Jasio został na czas dłuższy. Jasio była to poczciwota i znany w rodzinie z dobroci, którym się wszyscy wysługiwali. Miał wówczas 14 lat i gdzie tylko była potrzeba Jasio szedł, choć sam był wątłego zdrowia, a w dodatku chorował na nerki i wątrobę, co stwierdzono później. Wtedy jednak był jeszcze względnie zdrów. Jasio jako starszy miał nadzór nad niewielką gospodarką no i nad dziećmi. Weronika długo u nas nie popasała, - ukradła nowe kamasze, trochę pieniędzy z kufra i uciekła, a my zostaliśmy sami z Jasiem. Dla matki obiady i kolacje przynosiła służąca pałacowa. Były to potrawy ściśle w/g receptury lekarza. Pamiętam, że była cielęcina i rosoły z drobiu, które matka najbardziej lubiała, choć apetytu nie miała, bo karmiła nas z menażki, a dopiero resztę jadła sama. Dziś jednak nie trudno się domyśleć, że to odejmowanie sobie od ust i karmienie dzieci miało zgoła całkiem inne znaczenie – to była matka !!! – Felka karmiliśmy z butelki. Bardzo płakał, nocami też. Miał kołyskę na biegunach i ja go kołysałem. Nie wiem, czy przez to długie i energiczne kołysanie, czy po prostu z oszołomienia przez samo kołysanie – zasypiał. Ktoś poradził mi gotować mu jedną makówkę, co też robiłem, ale czy to opium pomagało nie wiem.


Część: 0, 1, 2, 3, 4, 5

 


Webmaster: Alex@apsoft.com.pl

All Rights Reserved
Copyrights (c)
Aleksander Piwkowski

Ostatnia modyfikacja: 31 grudnia 2006