Pamiętnik Stanisława Piwkowskiego

Część 3

Po zniknięciu Weroniki Jasio zajął się sprawami kulinarnymi, oprócz pieczenia chleba. Przypominam sobie, że na obiad i kolację gotował kartoflankę. Pierwszy raz nie udała mu się, bo zamiast zrobienia zaprażki ze słoniną i mąką – powrzucał nakrojoną słoninę do gotującej się kartoflanki i dopiero na uwagę matki jak trzeba gotować – kartoflanka była smaczna. Całymi dniami mały Feluś leżał w nogach matki i wtedy był spokojny, ale lekarz zalecił by dziecko było raczej osobno i nie stykało się z chorą. Na każdy płacz dziecka matka prosiła by go dać do niej i wtedy momentalnie przestawał płakać, choć miał niecałe 3 miesiące. Kładliśmy go w nogach wysoko na poduszce tak, by go matka mogła widzieć, a i on matkę. Wtedy wołała nas i mówiła : „patrzcie jak on do mnie grucha i śmieje się”. To  nas też bardzo bawiło i również rechotaliśmy z radości, że Feluś taki grzeczny i wszystko rozumie. Najbardziej bawiło to Wacka, bo go gładził po głowie i wołał : no, no !! Innych szczegółów nie pamiętam.

Stan zdrowia matki pogarszał się z każdym tygodniem. Pamiętam tylko to jak matka pewnego razu mówiła do mnie : „ja umrę, bo płuca moje nie reagują na kichanie” (kaszel ? – mój przypisek). Stałem wtedy przy łóżku matki, nie zdając sobie sprawy ze znaczenia tych słów, ale bardzo odczułem słowo „umrę”. Byłem na tyle świadom że matka umrze, że podziałało to na mnie bardzo przygnębiająco.

Pewnego dnia, a było to już późną jesienią, albo zimą – matka czuła się z każdym dniem coraz gorzej i jak sądzę zdawała sobie sprawę ze zbliżającej się śmierci w szybkim tempie.... Pragnęła tylko jednego w tej tragicznej chwili, by ją pochowano obok rodziców, siostry i brata Feliksa w Nabrożu. Aby mogła być tam pochowaną musiano matkę zabrać z Łykoszyna, do dziadków Piwkowskich. Nie przypominam sobie daty, ale pamiętam fakt, że przyszedł z Łykoszyna Jasio – stryj Janek – że podjechała furmanka czy sanie i pamiętam jeszcze jak matkę wzięto pod ręce i po prostu wniesiono na furmankę wyścieloną poduszkami i tam ulokowano w pozycji na pół siedząco-leżącej, a obok niej w nogach mego brata Julka (5 lat) i Wacka 3-letniego, - zgodnie z wolą matki. Całując mnie na pożegnanie napominała jeszcze, bym pilnował Felunia i nie pozwolił zrobić mu krzywdy, (miał on wtedy około 5 miesięcy). 

Jak już wspomniałem, Feluś płakał, ale z chwilą ułożenia go w nogach matki – natychmiast przestawał, a nawet coś tam gruchał patrząc na matkę. Z chwilą wyjazdu matki do Łykoszyna Feluś płakał całymi godzinami i nie pomagały, żadne kołysania, huśtania, karmienie, itp. Kładłem go i na łóżku nieobecnej matki, ale i to nie pomagało, bo choć na chwilę przestał płakać, lecz wpatrując się w to miejsce gdzie leżała matka, a stwierdziwszy jej nieobecność, płakał dalej dopóki nie usnął ze zmęczenia. – Ojciec dowiedział się, że jest na wsi w Sachryniu kobieta, która chętnie podejmie się wychowania dziecka, w tym wypadku Feluni, gdyż ma też takie małe dziecko, a w nagrodę chce jedną krowę. Ojciec chętnie się zgodził na ową propozycję i owa kobieta zabrał Felunia – i krowę też –. 

Pamiętając słowa matki nakazu pilnowania brata, pobiegłem do owej „wychowawczyni”, ale chałupę zastałem zamkniętą na skobel. Słyszałem tylko straszny płacz Felunia. Przybiegłem więc z płaczem do domu, gdzie zastałem „Jasia”, wysłanego przez mamę z Łykoszyna (na jej wielką prośbę), by się dowiedział co się dzieje z Feluniem. Gdy płacząc opowiedziałem mu o wszystkim, pobiegliśmy zaraz do wsi. Jasio otworzył „zakrętkę” i owinąwszy Felunia w poduszeczkę-pierzynkę, przyniósł go do domu, a gdy na obiad przyszedł ojciec już był u nas. Jak ojciec na to zareagował nie pamiętam, ale Feluś już pozostał w domu. Płakał raczej coraz mniej, a ja gotowałem mu mleko i trochę makówki z mlekiem. Przypuszczam, że cierpiał często na żołądeczek, ale ja nie zdawałem sobie sprawy, z tego, że należy mu dawać świeże mleko w niezakwaszonej flaszce. Jako 7 1/2 letni „wychowawca niemowląt” byłem w tych sprawach raczej głupiutki. 

Obiady przywożono nam z dworu, ale w końcu była dochodząca baba – wyrobnica i ta zajęła się kuchnią. Feluś mniej płakał, ale był bardzo wątły – tak przynajmniej wówczas mówiono. Przyszedł miesiąc kwiecień 1905 r. (dokładnej daty nie pamiętam). Pamiętam że obudził mnie ojciec, bo było bardzo rano, (była to niedziela palmowa) i szarpiąc mnie rozespanego za ramię powiedział: „wstawaj, mam umarła, jedziemy do Łykoszyna”. W pierwszej chwili nie mogłem sobie uprzytomnić że to mogło tak się stać. Ojciec odszedł od mego łóżeczka i dopiero wtedy ujrzałem „Jasia”, który przybiegł z Łykoszyna z tą straszną wiadomością. Za godzinę jechaliśmy we trójkę i Felusiem. 

Na ganku w Łykoszynie stała o parta o ścianę trumna. Julek z Wackiem kręcili się po podwórzu, przyłączyłem się i ja do nich. Zjeżdżali się krewni i znajomi na pogrzeb matki. Wszyscy ubolewali nad tym drobiazgiem. Najstarszy 8 lat, a najmłodszy 9-mcy. Pogrzeb matki pamiętam dobrze. Był piękny, słoneczny, ciepły, kwietniowy dzień. Szliśmy za trumną matki – 3 km do Nabroża. Było dużo ludzi, a najmłodszego Felusia przywiózł ktoś z rodziny na furmance. Tak pożegnaliśmy naszą kochaną matkę, choć wtedy nie wiele jeszcze zdawałem sobie z tego sprawę. Mówiła babka, że matka nasza w chwili konania chwyciła babkę za rękę, przycisnęła do ust i szeptem powiedziała : „niech mama uważa na dzieci”. To były ostatnie słowa naszej matki. Z kolei ucałowała dziadka (bardzo go lubiała) i też coś mówiła, ale były to słowa już niezrozumiałe.

Po pogrzebie matki, ojciec wrócił do Sachrynia, a my we czwórkę zostaliśmy u dziadków w Łykoszynie. Dobrze nam było u dziadków, bo kochali nas w dwójnasób – jako wnuków i przez litość za nasze sieroctwo. Smutno mi było tylko bez „Jasia”, którego dziadkowie oddali na praktykę do cukiernika w Zamościu, do jakiegoś tam dalekiego krewnego. Kupił nam dziadek parę kucyków od Józia Monsiola (swego szwagra, a brata babki). Pamiętam, że były bardzo płochliwe, a jeden z nich miał nawet z tego powodu skaleczoną tylnią nogę (ale się wygoił). Józio Monsiol – brat babki, z zawodu mechanik, pracował po dworach, ale pod warunkiem trzymania konia, ponieważ nigdy nie chodził prosić o konie na swoje niedzielne wyjazdy do kościoła czy też do krewnych, a przy tym był koneserem i to zamiłowanym, choć w gruncie rzeczy na felerach końskich nie znał się, ale zawsze można było go spotkać na jarmarkach w Kryłowie, Tyszowcach lub Łaszczowie, jednym słowem tam gdzie mu było najbliżej i gdzie było więcej konia. 

Jednego razu - opowiadał mi dziadek - jak Józio (był mechanikiem w Małkowie) swoim zwyczajem pojechał we czwartek do Kryłowa na jarmark kupić konia. Trzeba trafu, że spotkał swego szwagra Feliksa Piwkowskiego – też mechanika z Hołubia, który też przyjechał do Kryłowa kupić sobie na straganach na jarmarku gotową sukmankę. (Józio M. ożeniony był z siostrą Feliksa). Ucieszył się Józio bardzo i powiada do Feliksa by mu pomógł kupić konia. Feliks – wykpiarz słynny w rodzinie – wymawiając się powiada, że się na koniach nie zna tylko na żelazie, ale to oczywiście nic nie pomogło.

Chodź, powiada Józio M., tylko popatrzysz na nogi konia jak będziemy przepędzali. Ostatecznie Feliks zgodził się. Poszli na błonia nad Bugiem, gdzie była targowica końska, no i Józio M. – mając już wcześniej upatrzonego konia – zaczęli go razem z Żydem przepędzać po placu. Feliks stanął z boku i dyryguje. Żyd za sznurek z przodu, a Józio M. z batem z tyłu za koniem ganiają. Oblecieli kawał błoni już kilka razy i wreszcie Józio pyta Feliksa „no jak tam?” a Feliks powiada: „Jeszcze raz dookoła, bo nie zauważyłem”. Ostatnie poty lały się już z Żyda i Józia, a ten powiada „jeszcze raz”! Przyczym śmiał się Feliks do łez ganiając ich tak w kółko. Wreszcie zmordowany do ostatka Józio M. pyta – no i jak tam nogi? i czegoś tak się śmiał? A ja nie patrzyłem na nogi konia tylko na wasze, jak żeście nimi śmiesznie majtali. No i tak to pomógł im Feliks w kupnie konia. 

To była drobna i zabawna dygresja, a teraz wracam do zasadniczego wątka. – Jak wspominałem, u dziadków w Łykoszynie było nam dobrze. Dziadkowie byli bardzo serdeczni i przezto mniej odczuwaliśmy nasze sieroctwo. Dogadzali nam jak tylko mogli i w czym mogli. Pamiętam, że dziadek budował w Nabrożu stodołę, gdyż mieli zamiar przenieść się z Łykoszyna do Nabroża, do swego domu, po opróżnieniu go przez stryja Janka, który chwilowo tam zamieszkał i miał sklep kolonialno-spożywczy. Ale to trwało krótko. Jesienią 1905 r. zapisano mnie do szkoły w Łykoszynie. Pierwszy raz zaprowadziła mnie babka i coś o mnie rozmawiała z nauczycielem – Rosjaninem. 

Najbardziej zainteresowały mnie wiszące na ścianach portrety różnych dostojników, a więc cara, archijereja (biskupa) i innych brodaczy. Miał ze mną kłopot nauczyciel, gdyż nie chciałem się żegnać po lekcjach i przed lekcjami, stojąc zwrócony twarzą do owych portretów. Coś sobie ubzdurałem, że to są Żydy, a ja do Żydów modlić się nie będę. Cała klasa śmiała się do rozpuku, a ja nie wiedziałem z czego oni wszyscy się śmieją. Nauczyciel machnął ostatecznie ręką i nakazał by przyszła babka. Na szczęście moja edukacja w Łykoszynie nie trwała długo, bo ojciec porzucił Sachryń i dostał posadę lepszą w majątku Gdeszyn. 

Nim jednak doszło do naszego wyjazdu od dziadków w Łykoszyna, o mały włos wszyscy czworo uleglibyśmy śmiertelnemu zaczadzeniu. – Była to chyba już późna jesień 1905 r. Dziadkowie pojechali do Ratyczowa do ciotki Stasi Rogowskiej, gdzie wuj Jan był rządcą, ale przed wyjazdem napalili w piecu, w pokoju w którym umarła nasza matka, a w którym my bawiliśmy się. (pokój pierwszy na lewo z przedpokoju od ganku, bo następny był sypialnią dziadków.) W pewnym momencie dostaliśmy wymiotów i bólu głowy. Choć wszyscy trzej leżeliśmy na podłodze już prawie nieprzytomni, a Feluś w kołysce, - a ja ostatkiem sił chwytałem ich za nogi i wyciągałem na ganek. Z Felusiem, którego wyciągnąłem z kołyski, już nie miałem sił wyjść na ganek, lecz upadłem w przedpokoju, ale że już drzwi na ganek były otwarte i był dostęp powietrza, ocalałem razem z nimi. W międzyczasie przypadkowo przyjechał do dziadków Julian Korczyński, daleki krewny dziadków i zastał właśnie tą tragiczną sytuację z nami. Już nie pojechał dalej czekając dopóki dziadkowie nie wrócą z Ratyczowa.

Wracając jednak myślami wstecz o parę miesięcy należy wspomnieć co się stało z naszymi kucami. Otóż wuj Jan Rogowski był wówczas rządcą u Chrzanowskiego w Tupaczach, a właściciel Tuczap w związku z objazdem biskupa Jaczewskiego i bytnością jego w Nabrożu przy poświęceniu nowo odrestaurowanego kościoła, a było to akurat w odpust 16-go lipca 1905 r., szykował tzw. Banderię konną, która miała asystować biskupowi od Nabroża do Hrubieszowa poprzez Lipowiec, gdzie miał być poświęcony pamiątkowy krzyż. Ponieważ dziadek postanowił kucyki sprzedać, a Chrzanowski wyraził chęć ich kupna, ja z bratem Julkiem miałem je odprowadzić do Tuczap. No ale cóż, kiedy Julek panicznie bał się dosiąść konia, który przy próbach wsiadania na niego kręcił się niespokojnie, w konsekwencji czego biedny Julczysko dyndał się z tyłu za mną pieszo aż do Tuczap – 6 km.

Zjazd w Nabrożu, a później na Lipowcu (koło Tuczap) był niesamowity, ponieważ władze carskie, wyjątkowo i to na okres bardzo krótki, zezwoliły na tego rodzaju manifestację uczuć religijnych. Całością banderii, a było tego chyba około paruset koni, dowodził Jan Chrzanowski (tzw. „Jasio”), a jego zastępcą i adiutantem był wuj Jan Rogowski (cioci Stasi mąż). Z Lipowca dziadkowie po tej uroczystości pojechali z całą tą kawalkadą do Hrubieszowa. Epilog tego był taki, że dziadkowi w kościele w Hrubieszowie skradziono z kieszeni palta portmonetkę (pamiętam ją) z całą sumą otrzymaną za kuce tj. 25 rubli, wraz z innymi pieniędzmi. Była to strata dość dotkliwa, jak dla takich starych biedaków, bo za tą sumę można było kupić - np. dobrą krowę. 

Tak się skończyło z naszymi kucami. – Późną jesienią przeprowadziliśmy się do Gdeszyna. Jakkolwiek dziadkowie przenieśli się do Nabroża, to jednak babka pojechała z nami do Gdeszyna, a dziadek pozostał w Nabrożu z „Pietrychą”. Muszę tu wyjaśnić kto to był owa kochana Pietrycha. Otóż była to służąca dziadków, przez przeszło 60 lat. Mąż jej – Piotr – też służył u dziadków, stąd też i przezwano ją Pietruchą, ale jak nazywała się właściwie nie wiem. Wszystkie dzieci u dziadków ona właściwie wychowywała, wszystkim mówiła „ty” i wszyscy ją traktowali prawie jako członka rodziny. Pamiętam że lubiała wódkę i przy okazji gości, podpiwszy sobie, śpiewała przytupując, przeważnie piosenki ruskie, choć była Polką i katoliczką. Dziadek sprzedając Nabroż zastrzegł jej dożywocie, a kupujący Mazecki – podobno wywiązał się z umowy do jej śmierci, choć nie długo to trwało, bo zaledwie 1 1/2 roku. Umarła w 1911 r. mając około 90 lat.

W Gdeszynie było nam dobrze jak długo pozostawała z nami babka, a więc od jesieni 1905 do stycznia 1907 roku. Gospodarowanie dziadka ze staruszką Pietrychą było oczywiście bardzo uciążliwe, nalegał więc by babka jakoś powróciła, zabierając ze sobą nawet wnuki. Stało się jednak inaczej, a mianowicie – ojciec postanowił ożenić się powtórnie. W tym też celu zaczął się oglądać za kimś odpowiednim i przy pomocy, jak to zwykle bywa – doradców. Jak tam było nie wiem, wiem natomiast, że w niedługim czasie, z czyjejś tam porady – znalazł ! – . Mówiąc jednak prawdę nie było wiele chętnych, które chciałyby się wiązać z mężczyzną z czworgiem drobnych dzieci. A jednak znalazł chętną, w osobie Józefy Niedziałkowskiej, klucznicy z Wiśniowa, starszej od siebie o 12 lat. Pamiętam żeśmy ją witali wszyscy trzej z Felusiem na rękach, a ja jako najstarszy palnąłem jakąś wyuczoną i wyreżyserowaną mowę powitalną, przy wejściu macochy do pokoju. Przyjmując to chyba jako zło konieczne, pamiętam, że nawet nie uśmiechnęła się. Felunio choć miał już 2 i 1/2 roku, jeszcze nie chodził o własnych siłach, jedynie raczkował, no i ten żołądek męczył go w dalszym ciągu.

W kilka dni po przyjeździe macochy, babka odjechała do Nabroża i jak mi się wtedy wydawało, bardzo smutna. Pożegnała się z nami serdecznie i czule, nie obeszło się też bez płaczu z naszej strony i babki też. – Ja do szkoły w Gdeszynie w pierwszym roku przyjazdu nie chodziłem, albowiem wydarzył się drastyczny wypadek, a mianowicie : miejscowy nauczyciel – Rosjanin – z zemsty za postawiony krzyż katolicki przy lesie – drodze do Grabowca – wystrzelił z fuzji do krucyfiksu, na tym krzyżu. Z tego więc powodu powstało wielkie oburzenie i to nie tylko wśród katolików, ale też i wśród prawosławnych. Na czym to się skończyło nie wiem, ale tego nauczyciela rząd carski przeniósł z Gdeszyna gdzie indziej. Z tego to tytułu bojkotowano szkołę gdeszyńską przez jeden rok. 

Następnym nauczycielem był miejscowego chłopa syn, Stefan Piekaroś, lojalny i dobry nauczyciel. Korepetycji udzielał nam też syn miejscowego chłopa, uczeń seminarium nauczycielskiego, z ostatniego roku. Nazwiska jego nie pamiętam. Macocha nie lubiała Rosjan i jako zło konieczne traktowała tą korepetycję. Miało to chyba związek z tym, że najstarszy jej brat, za udział w konspiracji, był zesłany na Sybir i już nigdy stamtąd nie wrócił. Tak opowiadała mi babka Niedziałkowska (matka macochy), która w parę tygodni po ożenieniu się mego ojca, zamieszkała u nas i była aż do swej śmierci. Umarła w Mołodiatyczach w sierpniu 1918 r. mając 84 lat. Była to w gruncie rzeczy kobieta dobra, może tylko skąpa, poza tym nic więcej o niej powiedzieć nie mogę.

Latem 1907 r. zapadła decyzja odwiezienia nas trzech do dziadków do Nabroża. Tylko Feluś sam miał pozostać w Gdeszynie. Co było powodem oddania nas do dziadków, dowiedziałem się dopiero później, bo przecież szkoły wiejskie tak w Gdeszynie jak i w Nabrożu były na jednakowym poziomie. Dziadek, wówczas już siedemdziesięcio kilkuletni starzec, musiał ciężko pracować w prowadzonym jeszcze wtedy warsztacie mech-kow. Ojciec zobowiązał się pomagać w żywności dla nas. Stwierdzam dziś z czystym sumieniem, że gdybyśmy my dzieci mieli wyżyć z obiecanych i dostarczonych wiktuałów, to na pewno w krótkim czasie poumieralibyśmy z głodu. 

Z Gdeszyna do Nabroża odległość wynosiła około 35 km. Nie tylko jednak żywność, ale ubrania dla nas i bielizna była kupowana przez dziadków. Całe szczęście, że babka miała ręczną maszynę do szycia, a że była dobrą krawcową, przyjmowała robotę od miejscowych ludzi, ku ich wielkiemu zadowoleniu. Roboty miała dużo, bo ludzie przychodzili i z dalszych miejscowości. Pamiętam, że kto nie miał pieniędzy, przyjmowała zapłatę w różnych produktach żywnościowych, jak : nabiale, drobiu itp. Krowy dziadkowie nie trzymali wówczas, ale były świnie, bo kartofli było dużo własnych. – Pamiętam, jak wszyscy, tj. babka, my i Pietrucha przebieraliśmy je w kopcu koło czereśni. Pietrucha już wtedy niedowidziała i tylko dotykiem ręki odróżniała ziemniaki zgniłe lub nadpsute od zdrowych, a miała już wtedy blisko 90 lat.

Jesienią 1907 r. zapisała nas babka do szkoły, a tak się dziwnie złożyło, że ten sam nauczyciel, nazwiskiem Groma, uczył dawniej i naszego ojca. Naukę rozpoczęliśmy obaj z Julkiem jeszcze w starej szkole, koło cerkiewki, ale późną jesienią oddano do użytku nową, dużą i ładną szkołę przy drodze tyszowieckiej za wsią, co było dla nas znacznie dalej niż do szkoły starej. Stary nauczyciel, (Groma) bardzo miły, o pięknej siwej brodzie, do nowej szkoły już nie poszedł uczyć, lecz wrócił do Tuczap. Do naszej nowej szkoły przysłano innego nauczyciela (podobno syna popa), nazwiskiem Piekarskij. Ja poszedłem do klasy 2-giej, 

Jako już zaawansowany w nauce po korepetycjach w Gdeszynie, a Julek do kl. Pierwszej. Była jeszcze klasa „wstupitielnaja”, czyli przygotowawcza. Wacek był jeszcze mały i oficjalnie do szkoły jeszcze nie chodził. Była natomiast tzw. „freblówka”, coś w rodzaju obecnego przedszkola, ale prowadzona z dotacji kościelnych, a ściślej – z dobrowolnych datków okolicznego ziemiaństwa, którzy tą nieoficjalną placówkę utrzymywali. Później została ona skasowana przez rząd carski, który dopatrywał się w niej „placówki konspiracyjnej”. Wacuś, ówcześnie 5-cio letni dzieciak, ubierał się w dziadka kaszkiet, brał jego laskę i szedł na organistówkę, w której mieściła się owa „konspiracyjna uczelnia” (stara organistówka). Ławek tam nie było, więc dzieciaki siadały dookoła popod ścianami i tak odbywała się „nauka”, a pisanie liter w pozycji leżącej, na brzuchu. 

Był zakaz policyjny by owa placówka miała charakter polskiej szkoły i w związki z tym była często kontrolowana przez policję z Łaszczowa. Kilka razy byłem w tej freblówce, poszukując Wacunia. Wacunio był wolnym ptakiem i niekoniecznie szedł do freblówki, gdyż drugim ulubionym jego miejscem był kościół, odległy około 100 kroków od domu dziadków. Bywało więc, że jeśli tylko rano posłyszał organy, natychmiast ubierał się w swoje ulubione ubranie tj. czapkę dziadka, brał jego laskę (zapasową), szedł przed wielki ołtarz, siadał na stopniach obok księdza – oczywiście tyłem do ołtarza, by widzieć organistę – i razem z nim „śpiewał” i to jak najgłośniej. Kiedy próbowano Wacusia usunąć, nie dawał się, a poczciwy ksiądz Suski powiadał : „niechaj śpiewa, bo i to Panu Bogu miłe”. Organista Jurkiewicz nazywał Wacusia swoim pomocnikiem. Jurkiewiczowie byli serdecznie zaprzyjaźnieni z dziadkami. Wiem, że jedni u drugich trzymali dzieci do chrztu, a więc byli kilkakrotnymi kumami. Jurkiewicz był organistą w Nabrożu coś około 65 lat, po nim syn Franio, a następnie zięć. Stary Jurkiewicz zmarł w 1920 r.

W sierpniu 1918 r., jadąc ze stryjem Jankiem do Tuczap, ostatni raz spotkaliśmy na drodze, wracającego z lasu Jurkiewicza, który dopiero od nas dowiedział się o śmierci przed czterema miesiącami – dziadka. Powiedział wtedy : „a to i mnie czas, bo byliśmy prawie jednolatki”. Byli to ludzie zacni i bardzo gościnni. Dziadek był bardzo wybredny w doborze towarzystwa, a jeśli się z kimś przyjaźnił, to musiał odpowiadać dziadkom pod każdym względem. Takim domem był właśnie dom Jurkiewiczów. 

Do nowej szkoły ścieżka prowadziła przez cmentarz. Przy ścieżce znajdował się grób naszej matki i całej rodziny. Upominali nas dziadkowie byśmy, przechodząc koło grobu matki, uklękli i zmówili pacierz. Tak też przeważnie czyniliśmy. Miejscem najmilszych naszych zabaw był właśnie cmentarz i okoliczne grobowce. Tam bawiliśmy się w chowanego, gonitwy, a zimą urządzali ślizgawkę. Nauka szła nam dobrze i u dziadków było nam też dobrze. Pieczołowitość dziadków względem nas była nadzwyczajna. Często myślałem o małym Feluniu, bo przecież matka mówiła mi bym pilnował Felunia, ale Gdeszyn był daleko. 

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Kupił nam dziadek zbiór wierszy na różne okoliczności, a między innymi na Boże Narodzenie i Nowy Rok. Z tych wierszy wybrano dla nas obu z Julkiem po jednym, byśmy się ich nauczyli i gdy pojedziemy na Święta do domu, wyrecytowali ojcu, - „co my to umiemy!” W dzień wigilijny przysłał ojciec po nas konie. Była straszna gruda i dlatego jechaliśmy zwykłym wozem a nie bryczką (?). Do Gdeszyna przyjechaliśmy przed wieczorem. Felunio już zaczynał pomału chodzić, ale wolał jeszcze swoim zwyczajem suwać się na tyłeczku. 

Cieszył się nami ogromnie i pokazywał nam jak nosi kota na plecach i coś przy tym mówił. Oczywiście kot siedział mu na plecach, a on zasuwał tyłeczkiem po podłodze w kuchni i przez sień do pokoju. Po trzech dniach wróciliśmy do Nabroża. – Pamiętam, jak babka mówiła do dziadka : Tak mało dała Józia (macocha) dla dzieci, że aż wstyd było mi brać... „Dziadek machnął tylko ręką.” Jak już nie raz wspominałem, najlepiej czuliśmy się u dziadków w Nabrożu. Babka i dziadek jak zwykle byli dla nas bardzo serdeczni. Jeśli który z nas zachorował, czuwali przy naszym łóżku. Najczęściej na przeziębienie smarowano bibułę łojem baranim i przykładano na plecy i piersi i to zawsze pomagało. Zimą, wieczorami, czytał nam dziadek różne fraszki i żarty z kalendarza „Astronomiczno-ziemiańskiego”, a my zaśmiewaliśmy się, prosząc by jeszcze raz czytał. Dziadek, czytając, uplastyczniał gestami i akcentem wybraną humoreskę, co nas jeszcze bardziej rozbawiało.

Tak przeszła zima. Nauka szła nam nadal dobrze, w rachunkach pomagał nam czasem dziadek, ale zdarzało to się rzadko. Lubiliśmy ranki, kiedy to Pietrycha złaziła w kuchni z pieca, rozpalała w piecu ogień i zaczynała się krzątać. Czasami właziliśmy pod pierzynę do łóżka dziadków, a dziadek dawał nam prztyczki w szyję. Łóżko dziadków było wygodne, bo spali zimą na piernatach, a więc i z góry i z dołu było ciepło.


Część: 0, 1, 2, 3, 4, 5

 


Webmaster: Alex@apsoft.com.pl

All Rights Reserved
Copyrights (c)
Aleksander Piwkowski

Ostatnia modyfikacja: 31 grudnia 2006