Pamiętnik Stanisława Piwkowskiego

Część 4

Lubiałem chodzić do warsztatu prosić dziadka na śniadanie lub obiad – jeśli to był dzień wolny od nauki – chwytałem wtedy za rączkę miecha i dymałem zadowolony, ale długo nie mogłem. W pokoiku na „folwareczku” była stara katarynka, ale jeszcze „grała”. Kręciłem więc – jak się tylko dało, wygrywając różne skoczne melodie, dopóki nas dziadek za uszy niewyprowadził. Tak nadeszła wiosna 1908 r. Szykowaliśmy się do upragnionych Świąt wielkanocnych. Babka zapowiadała, że do Gdeszyna na Święta nie pojedziemy, bo dosyć miała Bożego Narodzenia, a i my byliśmy radzi że zostaniemy w Nabrożu. Jedynie tylko ciągnęła nas chęć przejażdżki końmi i zobaczenia się z roześmianym Feluniem, który już w tym czasie nie był sam, bo 4 grudnia 1907 r. urodziła się Mania, po drugiej żonie ojca. Gdy byliśmy tam na świętach B.Narodzenia była bardzo malutka i leżała w pierzynce. Pamiętam jak mówił ojciec – „jest tak maleńka jak szkiełko od lampy Nr. 5”.

Wiosna w 1908 r. była wczesna i piękna, a zwłaszcza kwiecień. Zbliżała się Wielkanoc, a z nią przyjazd zapowiedzianych gości, głównie cioci Stasi Rogowskiej z wujem Janem, stryja Janka no i innych miejscowych, jak Budzanowskich i wuja Józefa (brata naszej matki) z Miętkiego. Wuj Jan Rogowski, mąż cioci Stasi, był wówczas rządcą w Dobromierzycach u Bełdowskiego i posprzeczawszy się z właścicielem (wuj był nerwus) wymówił posadę z dniem 1 kwietnia tj. na 2 tygodnie przed Wielkanocą. A więc ciotka Stasia przyjechała do Nabroża – z 8-letnim wówczas Julkiem – własną bryczką, którą umieszczono na folwareczku w wozowni, ku naszej wielkiej radości, gdyż mogliśmy ciągać po podwórku (wozić się), Julek syn cioci Stasi był rozpieszczony, ale nie tyle przez wuja co przez ciotkę. Nazywaliśmy go „melonem”, a poszło to z tego, że kiedy raz we trzech, pomimo zakazu dziadka, wypchnęliśmy bryczkę na drogę, (Wacek udziału w tym nie brał, jako że był najmłodszy) a na widok dziadka, by nie dostać po uszach – pouciekaliśmy. Ponieważ dziadek ówcześnie nie mógł nas, chyżych biegaczy, dogonić, zawołał do Wacunia: „Wacuniu, łap mi tego melona!”. Od tej poru pozostał „melonem”.

Dziadek z powodu reumatyzmu utykał na prawą nogę i bez laski trudno mu było poruszać się gdzieś dalej. – Na ogródku koło domu zrobił nam dziadek tzw. krętawkę. Ja najmniej korzystałem z niej, ponieważ przy szybkim kręceniu dostawałem mdłości, ale inni korzystali z niej często. „Inauguracyjne” otwarcie tej krętawki odbyło się w piękny ciepły dzień Wielkiej Soboty.

Dziadek miał „pasję” czyszczenia nam i babci bucików, ale to dlatego, że jak sam mawiał, „na wasze czyszczenie trzeba by mieć fabrykę szuwaksu”. Obecną pastę do butów dawniej nazywano szuwaksem. Buty odświętnie już nam wszystkim dziadek poczyścił i poustawiał w rzędzie na przyźbie koło buduarku od drogi. Z wielką radością zobaczyliśmy idących od strony kościoła wuja Rogowskiego (męża cioci Stasi) i stryja Janka (Jasia). A żeśmy go bardzo kochali, to nie było końca radości. Biedny Jasio od Dobromirzec taszczył w jakiejś dużej chustce janczary, które ciotka zapomniała zabrać przy wyjeździe. Musiał je nieść bardzo ostrożnie, gdyż przy najmniejszym poruszeniu dzwoniły. Szczególnie ostrożnie musiał je nieść przechodząc przez wsie. Z tego też powodu było wiele śmiechu. Na święta zabili dziadkowie dużego wieprza i stół jak zwykle był już ubrany. Było tam wszystko, a więc „ babki, mazurki, torty, przekładańce itd. oraz szynki, kiełbasy, pieczenie, szynka cielęca i wiele, wiele innych smakołyków, a pośrodku, na podwyższeniu piękny baranek z masła, zrobiony przez dziadka. 

Od jesieni 1907 r. sługiwałem do mszy. Było to początkowo łatwe, póki byliśmy w starej szkole blisko kościoła, a stary Groma zwalniał mnie na godzinę w dzień powszedni, ale z chwilą przeniesienia się do nowej szkoły – było to trudne, bowiem szkoła była oddalona od kościoła 1/2 km i wtedy mogłem sługiwać tylko w niedziele i święta. Babcia jak i dziadek (zresztą i ja sam) byli dumni z mojej funkcji, co wtedy było szczytem umiejętności sługiwania. Nie lubiałem jednak zakrystiana Szatkowskiego i czułem do niego jakiś dziwny wstręt, choć nic złego mi nie zrobił. Należał do jakiegoś bractwa kościelnego, które upoważniało go do noszenia coś w rodzaju habitu-sutanny, a to z kolei do nastawiania ręki do całowania, co wg ówczesnego zwyczaju czyniliśmy tylko w stosunku do księdza. Do mnie ręki nie nadstawiał, bo widocznie czuł że go zlekceważę, ale zato w odwet, przy mszy sam dzwonił dzwonkami w czasie Podniesienia i Baranku Boży. Ministranturę znałem dobrze i wymawiałem prawidłowo i głośniej, Jasio jednak był mistrzem w sługiwaniu do mszy św. albowiem znał i inne ceremoniały na wielkie uroczystości, jak podawanie księdzu „szala”, kropidła, kadzidła itp., ale on sługiwał szereg lat, a były też wypadki że zastępował i organistę, choć to się b. rzadko zdarzało – oczywiście bez grania. Kiedy ja rozpocząłem tę „karierę” kościelną. „Jasio” już był na praktyce cukierniczej w Zamościu, a właściwie już na praktyce rolnej w Gdeszynie i Mołodiatyczach.

Po świętach Wielkanocnych wujostwo Rogowscy wraz z synem Julkiem wyjechali do Hołubia, gdzie wuj objął zarząd trzech folwarków – Hołubia, Piasecznego i Zaręki u Świerzawskeigo. W Hołubiu od szeregu lat był mechanikiem stryjeczny brat mego ojca – Feliks Piwkowski. Była tam kupa dzieci, wymienię je w kolejności : Julka, Franio, Edzio, Teofil, Czesław, Kazik i Wacek. Moimi mniej-więcej rówieśnikami byli : Teofil, Czesław, Kazik i najmłodszy Wacek. (zmarł nagle w czerwcu 1969 r.) Julka zmarła w 1924 r. w Podhorcach, jako żona Ożarowskiego, Franio zmarł w 1952 r. nagle na zawał sefca. Był ode mnie starszy o 9 lat, pochowany w Kryłowie. 

Stryj Feliks zmarł w 1915 r. a stryjenka Teofila (z domu Rudnicka) w 1956 z Łaszczowie, u któregoś z synów. Stryj Feliks był bardzo dobrym i sumiennym pracownikiem, słusznego wzrostu i szlachetnych rysach jak i reszta jego braci. Dziadek mój często mawiał: „Feliks jakby się nieubrał zawsze ma wspaniały wygląd”. Pewnego razu w odwiedziny do stryja przyszli do warsztatu oboje p.p. Świerzawscy i po przywitaniu się Świerzawski powiada „Panie Piwkowski, moja żona powiedziała mi, że moje miejsce raczej przy kowadle, a Pana na Hołubiu”. „To mi nie imponuje panie dziedzicu, bo ja lubię mechanikę” – odpowiedział stryj Feliks.

Do Hołubia, do wujostwa Rogowskich przyjeżdżałem w czasie wakacji i tam z chłopcami czułem się wyśmienicie. Była tam rodzinna kapela, składająca się ze stryja Feliksa /- basetla, Franio – 1-sze skrzypce, Edzio – 2-gie skrzypce. Grali oczywiście dla siebie, ale wyśmienicie, to też nie było soboty czy niedzieli by się tam ochoczo i serdecznie nie bawiono, nawet przy skromnym przyjęciu. Na te wakacje jeździłem bardzo chętnie, jako że z domu pozbywano się mnie chętnie. A więc jedne czy drugie wakacje w Hołubiu, inne w Chodywańcach u wuja (brata mojej matki), który był rządcą u Paluszyńskich. Tam też było mi dobrze, bo miałem rówieśnika „chyrowiaka” Radosława, syna p.p. Paluszyńskich i Różę – ich córkę – nieco starszą (rok, dwa) ode mnie. Po wakacjach w Chodywańcach odjechałem z wujenką (żoną wuja Józefa) do Hrubieszowa, skąd przy okazji do Zaborzec do domu, gdzie mieszkali nasi.

Od jesieni 1910 roku rozpoczęliśmy obaj z bratem Julkiem dalszą naukę w Hrubieszowie. Ja wróciłem na swoje miejsce do szkoły tzw. Kraszewskiego. Ulokowano nas na stancji u p.Małeckiej, (teściowej - wdowy) wuja Józefa – matki brata. (?!). Była to bardzo poczciwa osoba i przez pewien czas mieliśmy tam bardzo dobrze. Nie kalkulowało się jej jednak trzymać nas dłużej na umówionych warunkach gdyż po dwóch czy trzech miesiącach zrezygnowała z tego. Zapłata za nas miała być częściowo w gotówce, częściowo w prowiantach, ale gotówka była za mała, a prowianty dochodziły nie regularnie i też jak pamiętam – skąpo. Umieszczono nas zkolei u rzeźnika, Guzowskiego, gdzie już byli Stefan i Władek Szypulscy, którzy też uczęszczali do szkół no i Ignaś, ale jako terminator rzeźnicki u Guzowskiego z uwagi na jego chroniczną niezdolność do nauki. To było jedno z moich najbardziej przykrych wspomnień z okresu mojej stancji i muszę to z całą goryczą wyjaśnić dlaczego.

Otóż nasi że tak powiem rodzice (macocha) starali się o jak najtańsze nas utrzymanie i dlatego u Guzowskich mieliśmy korzystać tylko z obiadów, a śniadania i kolacje musieliśmy robić sobie sami, oczywiście tylko herbata i chleb. Byłoby to mniej tragiczne gdyby nie to, że siedzieliśmy przy jednym stole z Stefanem, Władkiem i dwoma synami Guzowskich, przed którymi leżała na półmisku wędlina, a przed nami czerstwy, czarny chleb. Ale było to tym bardziej przykre, że p. Guzowska (matka, bo była i jej siostra) w czasie jedzenia stała przy kredensie i obserwowała (raczej pilnowała – mój dopisek) byśmy przypadkiem nie sięgnęli po ochłap wędliny, co było z mojej strony i brata Julka rzeczą nie do pomyślenia. 

Przy pierwszej takiej „obserwacji” pamiętam że nie mogłem się powstrzymać, wybiegłem na podwórze i tam, gdzie stały sągi drewna – okropnie łkałem. Od tego dnia już więcej nie jadłem wspólnie przy tym stole ani śniadania ani kolacji. Kłopotu z tym nie miałem, gdyż brałem kawałek chleba do kieszeni – oczywiście razowca – wychodziłem pod płot, gdzie stały owe sągi i tam zjadałem z kostką cukru. Poczciwy Ignaś (zmarł na gruźlicę w 1921 r.) wynosił czasem po kryjomu w kieszeni kawałeczek jakiegoś tłustego ochłapu (od wyrobów salcesonów), wynosząc wiadra pomyj do dołu obok owych sągów – jako pretekst. I u Guzowskich nie byliśmy długo, albowiem oni sami wymówili, żądając większej opłaty za nas dwóch, na co się nasi nie zgodzili i umieszczono nas u Niedziałkowskich (brat macochy - Gustaw). 

U Niedziałkowskich było nam może lepiej pod względem moralnym, ale tam była kupa dzieci, a Niedziałkowski jako ślusarz-mechanik, pracując w fabryce tzw. „u Bedalskiego”, a właściwie była to filia „Wolskiego” z Lublina, a Bodalski był tylko głównym kierownikiem tej filii w której pracowało około 40 ludzi, głównie mechaników. Pamiętam, że za nas obu płacili 10 rubli miesięcznie, a reszta prowiantami, co przy dziesięcio osobowej rodzinie pomoc w naturze mogła by być ponętniejsza zwłaszcza, że był to brat macochy, a więc bliska rodzina. Gucio Niedziałkowski był w gruncie rzeczy człowiek dobry, ale zbyt nerwowy i wybuchowy. 

Pamiętam, że często tłukł naczynia i zwalał samowar ze stołu. Stefcia, żona jego, z domu Kasprzycka, była poczciwości kobieta ale nie gospodyni i całym jej marzeniem były książki, których dużo czytała i to nie tylko w dzień ale i nocami. Zaniedbywała przez to dom, co było przeważnie głównym powodem tych awantur. Wuj Gucio (tak go nazywaliśmy) zarabiał niewiele, coś około 40 rubli miesięcznie, co na utrzymanie jego domu było bardzo skąpo. Wprawdzie Gosia i Michasia – (zmarła w 1941 r.) pracowały w magazynie mód u p.Stadnieckiej, (ówcześnie magazyn szycia, przeważnie dla zamożniejszych sfer i ziemiaństwa) ale zarabiały po prostu grosze, gdyż konkurencja była wielka. Było tego coś około 10 rubli/mc, co równało się 2-m metrom pszenicy, albo parze lichszych butów z cholewami, względnie 20 kg słoniny, ponieważ funt słoniny, czyli 40 dkg kosztował 20 kopiejek, natomiast dobra słonina kosztowała 25 kopiejek funt (nie na straganach, a w sklepie). 

U Niedziałkowskich przetrwaliśmy do końca roku szkolnego, bo widocznie ten interes uczniowski nie opłacał im się i coś tam „stosunki dyplomatyczne” na tym tle były niejasne. Jednym słowem, jedna strona żądała podwyżki, a druga nie chciała się zgodzić na podniesienie opłaty, a my obaj z bratem Julkiem byliśmy więcej głodni niż najedzeni. Widząc jednak szczerość wujenki Stefci i reszty rodziny było nam mimo tego wesoło. Na następny i już dla mnie ostatni rok oddano nas na stancję do p.p. Kruczkowskich, właścicieli małego folwarczku i kilku domów czynszowych, u których między innymi mieszkali i Niedziałkowscy. Za pokój z kuchnią płacili miesięcznie 12 rubli. 

U Kruczkowskich było nam już całkiem dobrze. Oni nie chcieli zapłaty w prowiantach, gdyż trzymając krowy, konie, drób itd. mieli swojego prowiantu pod dostatkiem, żądali jedynie gotówkę, zaco nasi płacili za nas obu 15 rubli miesięcznie. Życie nie było wykwintne, ale dostateczne i nigdy nie chodziliśmy głodni a nawet na deser szliśmy często do obory albo do stajni na brukiew lub marchew, która leżała na kupach dla inwentarza i zjadaliśmy ile dusza zapragnie. Ba! Zazdrościli nam nawet nasi koledzy, że taką „królewską” i nieograniczoną mamy wyżerkę. Kruczkowski senior i jego żona, oboje lat wówczas około 65, (ona z domu Dziewicka, ciotka generała Fel. Dziewickiego, słynnego dowódcy 1-go pułku ułanów Krechowieckich, a później d-cy brygady) byli ludźmi przezacnymi. Mieli kilkoro dorosłych dzieci: a) Grzybowska, imienia nie pamiętam, b) Leon pracował w Syndykacie Rolniczym w Hrubieszowie i zginął w obozie w czasie okupacji, c) Józio były burmistrz Hrubieszowa (ostatnio, przed 2-gą wojną) i d) Miecia Kopczyńska (zmarła w 1962 r. na gruźlicę). Dziewiccy są spokrewnieni, Żmudzcy też, z rodziną Rogowskich, czyli naszą matką. Może też i dlatego byliśmy tak dobrze traktowani przez Kruczkowskich i w ogóle cały ich dom. Jedynie Leon odgrywał rolę „bożyszcza” całego domu, jako niedoszły ksiądz, ale to było więcej zabawne niż szkodliwe dla reszty otoczenia. Zarabiał stosunkowo nieźle, bo coś około 35 rubli/mc i z tego coś tam dawał matce na utrzymanie domu – jego samego.

W 1912 r. ukończyłem szkołę Kraszewskiego w Hrubieszowie – nawet z notą dobrą – a jeden z moich wykładowców wręczając mi „swidietielstwo” poklepał po ramieniu, zachęcając do dalszej nauki bez żadnego z mojej strony ryzyka. Moim od dzieciństwa marzeniem było zostać oficerem kawalerii, ale do tego potrzebne mi było co najmniej średnie wykształcenie, którego wówczas jeszcze nie miałem, ale o którym marzyłem.

Pierwsza moja praca niestety zaczęła się od posady praktykanta rolnego w dobrach Chrzanowskiego, w folwarku Łóżków, koło Strzyżowa. Trafiłem w dobre – jak to się mówi – ręce p.Wigury (ojca słynnego lotnika, który w 1932 r. zginął w katastrofie lotniczej w Czechach). Wigura – ojciec w tym folwarku był administratorem. W Łóżkowie ekonomem był Ostrowski, też miły, inteligentny, a co najważniejsze – dobry rolnik. Nie długo jednak tam popasałem, bo otrzymywałem tylko 10 rubli miesięcznie, pokój i utrzymanie u p.p.Ostrowskich. (Ostrowska była córką ziemianina z Chobołtowej na Wołyniu). Ostrowscy byli to ludzie starsi i jak powiedziałem sympatyczni, inteligentni i bardzo mnie polubili. Dostałem konia pod wierzch – co było raczej rzadkością – ale to z protekcji p.Wigury, administratora. Zaprzyjaźniłem się z jego synem, późniejszym lotnikiem, który wówczas był uczniem gimnazjalnym i na wakacje przyjeżdżał na Starzyń. Robiliśmy rajdy, konne wyścigi, jednym słowem przypadliśmy sobie do gustu, ale trwało to nie długo, bo już jesienią tegoż 1912 r. przyjechał mój ojciec i zabrał mnie – jak mówił – na lepsze stanwisko do cukrowni w Poturzynie, na stanowisko praktykanta cukrowniczego z pensją 30 rubli na mc.


Część: 0, 1, 2, 3, 4, 5

 


Webmaster: Alex@apsoft.com.pl

All Rights Reserved
Copyrights (c)
Aleksander Piwkowski

Ostatnia modyfikacja: 31 grudnia 2006