Pamiętnik Stanisława Piwkowskiego

Część 5

Jak na początek i dla tak młodego chłopca była to suma zawrotna. W Poturzynie dostałem pokój z obsługą, a stołowałem się u tych samych Niedziałkowskich z Hrubieszowa, gdyż on w międzyczasie zwolnił się w Hrubieszowie z fabryki i dostał posadę mechanika w majątku Poturzyn. W Poturzynie jednak byłem od jesieni 1912 r. do marca 1913 r. tj. przez czas kampanii cukrowniczej. Tu muszę nadmienić o pewnym niemiłym zdarzeniu. Otóż po objęciu posady z Poturzynie, po 3-ch miesiącach wezwano mnie do dyrekcji cukrowni i p. Dubiecki – ówczesny dyrektor – oznajmił mi, że ponieważ kapitalnie daję sobie radę z przyjmowaniem buraków tutaj delegują mnie na trzy miesiące do Łaszczowa, na takie samo stanowisko. 

Oczywiście pełne utrzymanie tj. wyżywienie itd. ponosi cukrownia, a ja oprócz obecnej pensji 30 rubli miesięcznie – otrzymam dodatkowo 30 rubli, a po skończonym odbiorze gratyfikację (coś około 100 rubli). Byłem pewny że dam sobie tam radę i że nie zawiodę zaufania dyrekcji. Dano mi konie, bryczkę, a ja spakowawszy swój skromny tobołek, wsadziłem go pod siedzenie bryczki i pojechałem. Oszołomienie moje było jeszcze większe – po rozmowie z dyrektorem – kiedy kazano mi pójść do kasy po zaliczkę na moje pierwsze potrzeby, aczkolwiek pełne utrzymanie u p. Gieladra – rządcy majątku Podhajce – miałem już załatwione przez dyrekcję. W kasie wypłacono mi 50 rubli, a poczciwy kasjer dyskretnie szepnął mi, że to zaliczka bezzwrotna i że mam „duży mir” u dyrektora, choć nawiasem mówiąc – prawie że go nie znałem. Wiedziałem tylko, że jest właścicielem majątku Zadubce koło Nieledwi. 

Następnego dnia przyjechał ojciec – na parę godzin przed moim wyjazdem. Pieniądze oczywiście oddałem ojcu, bo jak sam mi mówił – „będzie je składać na dalszą moją edukację w Warszawie”. Zaznaczam, że po opłaceniu Niedziałkowskiemu 12 rubli miesięcznie za życie resztę pieniędzy zawsze oddawałem ojcu, choć tego nie potrzebował, bo miał i swoje w banku, ale jak to się mówi „od przybytku głowa nie boli”, a że lubiał pieniądze – więc i głowa była w porządku, no i we własnej kieszeni pewniejsze. W czasie mojej delegacji łaszczowskiej nigdzie nie wyjeżdżałem, tylko raz czy dwa był u mnie ojciec. Miałem dużo roboty z przyjmowaniem buraków, głównie z folwarków, no a w niedziele sporządzanie wykazów, kwitów itp. 

Z Łaszczowa wróciłem po całkowitym zakończeniu prac i rozliczeniu się. Dyrekcja dotrzymała obietnicy, a ja za solidne wywiązanie się z powierzonego zadania otrzymałem nie tylko obiecaną sumę ale nawet podwyższono ją z 100 do 150 rubli gratyfikacji, no i anulowano zaliczkę. Nie w tym jednak rzecz, lecz chodzi o pewien incydent, o którym wspomniałem na wstępie. Otóż wyjeżdżając z Poturzyna rozliczyłem się z Niedziałkowskimi za stołowanie, regulując wszystko co do grosza. Nieraz nawet płaciłem awansem, jako że po dawnemu były tam braki. Jakie więc było moje zdziwienie, a jeszcze większe zaskoczenie, gdy po powrocie zażądano ode mnie 36 rubli za stołowanie. (Za moją trzy-miesięczną nieobecność). Najpierw sądziłem że to żart, a kiedy przekonałem się o swojej pomyłce – zdębiałem !

W kwietniu wróciłem do Mołodiatycz, by zabrać się do innej pracy, raczej specjalnie rolnej, co mi najbardziej odpowiadało i pociągało – oczywiście poza wojskiem. Na wszelki wypadek byłem więc u dowódcy 3-go pułku ułanów Olwiopolskich (?) stacjonujących w Hrubieszowie, celem zasięgnięcia informacji, odnoście wstąpienia do wojska i do szkoły oficerskiej. Dowódca pułku – książę Woroncow-Daszkow, przyjął mnie uprzejmie, zadał kilka pytań dotyczących mego pochodzenia itp., a na pożegnanie obiecał poprzeć moje zgłoszenie, a na razie zalecił kończyć szkołę średnią (conajmniej) i zgłosić się do niego do odbycia wstępnej służby w szwadronie, skąd będę mógł być delegowany do jednej ze szkół jazdy, ale o tym jeszcze opowiem w dalszej mojej opowieści-życiorysie. 

Z kolegami szkolnymi nie spotkałem się już więcej w życiu. Kilku spośród nich poległo w 1919 r. Najserdeczniejsi z nich byli Józio Potuszyński i Stach Piwkowski z Tarasówki (koło Parowego Młyna). Byli to dryblasy, przeszło o dwa lata starsi ode mnie. Szczególnie Stach był gidyja i uczył się przeciętnie. Z nim mieliśmy czasami wiele uciechy z powodu dwóch takich samych imion i nazwiska. Bywało że kiedy nowy nauczyciel, nieznający nas oczywiście, wzywał do tablicy to zazwyczaj ja się wyrywałem i podchodziłem, bo wiedziałem że Stach z tego przedmiotu jest „durak”. 

Ja miałem dobrze opanowany język rosyjski i bez zająknięcia „pytlowałem” przedmiot, za co dostawałem zwykle 4 lub 4-, co dla Stacha z „parowego młyna” był stopień nieosiągalny. Stach miał mało czasu do nauki w domu, bo jako najstarszy z dzieci, pomagał ojcu w kuźni, oraz w polu. Mieli 6 morgów ziemi po Koszałkach (matka jego Karolcia, była z domu Koszałkówna). Oprócz tego Stach często chorował na oczy. (zmarł wiosną w 1968 r.) Prawdziwą jednak ofiarą w szkole był Józio Potuszyński (cioteczny brat mego ojca). Matka mego ojca Maria – była rodzoną siostrą jego matki – Frani. Józio w dzieciństwie chorował na szkarlatynę i jak zwykle ta choroba pozostawia po sobie jakieś schorzenia. 

Właśnie Józio miał przytępiony słuch tak, że trzeba było mówić do niego głośno, ale i to poznawał chyba więcej po ustach jak ze słuchu. Bawiło nas ówcześnie jak był wzywany do tablicy. Niektórzy wykładowcy znali jego wadę słuchu, ale zdarzało się, że czasem któryś z nauczycieli zastępował i nie znał Józia, wtedy przy tablicy powstawała komiczna scena. Józio uczył się dużo i nawet dobrze, ale miał źle opanowany język rosyjski, a zwłaszcza „udarenia”, czyli tak zwane akcentowanie. Oto np. miał na mapie „niemej” Syberii oznaczyć miejsca zamieszkiwania różnych szczepów azjatyckich, - zaczynał więc wymieniać: Czukezi, Samojedy, Ostiaki, Wostiaki, Czuwaszy, ale ze złym akcentem, co w języku rosyjskim wychodziło komicznie. Nauczyciel słuchał, słuchał, a kiedy Józio wymienił ostatnie z plemion - ... Czuwaszy, nauczyciel pokiwał głową i powiada – „Kamaszy”. 

Cała klasa ryknęła śmiechem, a biedny Józio stał cały oniemiały, nie wiedząc z czego się wszyscy śmieją. Jednak nauczyciel okazał się w tym wypadku wyjątkowo sprawiedliwy i postawił mu 4-, co trafiało się rzadko w stosunku do Polaków. Taki był już zwyczaj w szkołach rosyjskich, że jeśli Polak odpowiadał na 5-tkę,- otrzymywał 4, natomiast Rosjanin jeśli umiał na 3-kę – dostawał 4-kę. Ja prymusem nie byłem, ale uczyłem się przeciętnie dobrze, pamiętając słowa ojca, - że jeśli nie będę się uczył, będę jak Tarasio i Wasylcio. Parę słów więcej o nich. We wsi Dobromierzyce było dwóch braci Taras i Wasyl, obaj niespełna rozumu, a działo się to w latach 1906 – 1909. Obaj chodzili od wsi do wsi z torbami płóciennymi na sznurku, boso, w zgrzebnych koszulach i takich-że spodniach zapinanych na drewniane „werbliki”. Wiek tych biednych ludzi trudno było określić. Byli krótko strzyżeni, o sześciniastym siwym zaroście, od wczesnej wiosny do późnej jesieni chodzili zawsze boso. Najbardziej lubili kiedy dawano im grosze – jako jałmużnę, zamiast chleba. Dla nas – dzieci – było najzabawniejsze, kiedy po daniu im groszy kazano tańczyć. Sam taniec było to podskakiwanie nogi na nogę, z jakąś tam skoczną piosenką-przyśpiewką. Dziwne też było, że ci bracia (bliźniaki), przy spotkaniu się wszczynali ze sobą bójkę i to bójkę zaciekłą, zwłaszcza jeśli ktoś z boku podjudzał. Mawiano, że owi bliźniacy mieli ówcześnie po około 55 lat.

Początki nauki Polskiego pobieraliśmy obaj z bratem Julkiem w szkółce w Zaborcach, tajnie prowadzonej przez p.Szubertową, żonę pełnomocnika i administratora dóbr Mołodiatycze. Oczywiście uczyła nas tj. dzieci miejscowej administracji, p.Regina Matyjewska, specjalna nauczycielka. Uczyła nas czytania, pisania, gramatyki, historii, geografii – oczywiście w granicach Polski przedrozbiorowej. Nauka odbywała się tajnie, gdyż ówczesne władze carsko-rosyjskie kategorycznie zabraniały nauczania wszystkiego co dotyczyło Polski, a w razie przyłapania rozpędzały „szkołę”, a organizatorów – konspiratorów zsyłano na sławny Sybir. To też byliśmy pouczeni o konieczności zachowania czujności i w wypadku zjawienia się policji wszczynaliśmy hałasy w klasie (jeden z pokoi biurowych majątku) pozorując tym niewinną zabawę dziecięcą w „kotka i myszkę”. 

Pod ławkami szkolnymi mieliśmy też na wszelki wypadek różnokolorowe wyplatanki z papieru. Pamiętam jak taka wizyta władzy „policejskiej” wyglądała. A więc przyjeżdżał taki policjant „kibitką” (wózek w rodzaju wasążka na jednego konia) i przychodził do klasy, naturalnie zawsze trafiał w czasie przerwy, „pozdarowkał” się z nami, a myśmy mu bardzo grzecznie odpowiadali, że się bawimy w „Pana starostę”, któremu budujemy mosty. Żandarm porozglądał się po klasie, dyskretnie okiem znawcy rozejrzał się dookoła, pogadał z p.nauczycielką, zaznaczając z przekąsem, że niektórzy „przedszkolacy” są już „pod wąsem”. Na co p.nauczycielka z zimną krwią odparła, że to są matoły i że do stu lat niewiele się nauczą. Mieliśmy takiego jednego wielkoluda Władzia Deca – syna pastucha. 

Był bardzo biednie ubrany, bo na zimę miał jako jedyny najlepszy swój strój do kościoła i do szkoły – marynarkę. Często też stawał przy piecu by się trochę w zimie ogrzać, ale raz tak się jakoś złożyło, że Władzia nie było koło pieca i pamiętam jak nauczycielka zawołała: „patrzcie, co za heca, nie ma Deca koło pieca”. Naturalnie klasa odpowiedziała na to gromkim śmiechem. Wszystkich nas było koło 20 osób. My obaj z bratem dojeżdżaliśmy codziennie rano tarantasem, a przy tej okazji chłopiec stajenny, który nas odwoził, zabierał raporty do biura. Szkoła nasza – z okolicznych szkół – trzymała się coś około 2 do 3-ch lat, a więc najdłużej. Po zlikwidowaniu jej najbardziej żałował tego nasz „opiekun” żandarm, który po każdej „wizycie” otrzymywał do łapy (w biurze) 20 rubli i dla konia worek owsa z magazynu.

My z Gdeszyna do Zaborzec mieliśmy około 4 km. Dużo możnaby jeszcze o tym wspomnieć, ale zaniecham to, pozostawiając obszerniejsze wspomnienia na mój wiek późniejszy (15 - lat).

Po praktyce rolnej w Łużkowie, Poturzynie, Nieledwi – cukrowniach – rozpocząłem praktykę w Hostynnem, w majątku hrabiego Adama Komorowskiego. A zaczęło się od tego, że zarząd folwarków Hostynne i Łotowa z dniem 1-go października 1912 r. objął wuj Jan Rogowski, przenosząc się – jak twierdził na lepsze – z Hołubia do Hosztynnego. Ja jednak twierdzę, że trafił na gorsze pod każdym względem, ale o tym później, by nie być gołosłownym. Otóż w styczniu 1913 r. byli u nas w Mołodiatyczach oboje wujostwo z Hostynnego (8 km) na Nowy Rok. Zapytano mnie czy niezechciałbym odbyć praktykę w Hostynnem i Łotowie, u hrabiego Komorowskiego. 

Ponieważ marzyłem o karierze leśnej, a tam właśnie był kawałek lasu (coś około 150 mórg) chętnie się zgodziłem na ową propozycję, zwłaszcza że miałem dostać na stałe konia pod wierzch, co się nie zawsze po innych majątkach praktykantowi zdarzało. Z dniem 15 stycznia zgłosiłem się do hrabiego, a ten już uprzedzony przez wuja, chętnie zaakceptował moją kandydaturę. Ojciec mój jednak sobie zastrzegł znając mnie, że jeślibym miał trudności z przydziałem mi wierzchowca, gotów mi takiego przydzielić, a mówiąc poprostu – kupić. Obyło się jednak bez kupna, aczkolwiek w duszy pragnąłem mieć konia własnego.

Koń mi przydzielony z cugowej stajni nazywał się „Smyk”, dotychczasowy wierzchowiec najmłodszego hrabiego Piotra (miał wówczas tyle lat co i ja tj. około 15 – 16 lat) „Smyka” polubiłem bardzo, choć lubiał on często ponosić, ale że trafił na dobrze już zaawansowanego jeźdźca, który nic a nic nie robił sobie z jego sztuczek, zaprzestał tych kruczków wysadzania z siodła, no i byliśmy w zupełnej zgodzie. Mój poprzednik hrabia Piotruś często – jak mi opowiadano – wracał pieszo z konnej przejażdżki, a „Smyk” cwałował zadowolony, że pozbył się jeźdźca gdzieś w pokrzywach, co mnie się nigdy z nim nie zdarzyło. 

Praktyka moja początkowo zapowiadał się dobrze. Byłem z niej zadowolony pomimo, że oddano mi pod „zarząd” folwareczek Łotów i codziennie, świątek i piątek o godzinie czwartej rano musiałem tam być w tym odległym o 2 km folwarku, by wydać dyspozycje służbie. W Łotowie było 20 koni roboczych i coś około 30 sztuk jałowizny, a ze służby – 5 fornali, 2-ch pastuchów, karbowy, no i coś w rodzaju gajowego-polowego, jako że Łotów był pod lasem. Praca – jak już wspomniałem – początkowo układał się dobrze. Jednak w niedługim czasie zaczęło się coś psuć w tym mechanizmie zarządzającym. Stary hrabia Adam w sprawach rolnych naradzał się z zarządzającym tj. Rogowskim, ale dyspozycje w Hostynnem, a często i w Łotowie zaczął zmieniać syn – hrabia Stanisław. (miał on wówczas około 27 lat, kawaler). 

W ogóle było ich 3-ch braci i siostra Maria. Najstarszy Stanisław następnie Maria, Wacław, I Piotruś. Wacław dzierżawił mająteczek gdzieś na Wołyniu, a pozostała trójka przebywała w domu pod Hostynnem. Miarką nieporozumień i podenerwowania były niepowodzenia gospodarcze, a głównie „zarodowa obora”. Po przejęciu majątku od dzierżawcy Zawadzkiego, który dzierżawił Hostynne i Łotów przez 12 lat tj. do 1912 r. – hrabia postanowił zasłynąć w całej okolicy jako wzorowy gospodarz (tak mówiono). 

Otrzymawszy pożyczkę prywatną czy bankową rozpoczął celowo lub i niecelowo ją inwestować. Zakupił w Szwajcarii coś około 20 sztuk jałowic, „szwyców” na ocieleniu, płacąc podobno ogromne sumy, jak mówiono – zawrotne sumy. Czy klimat im się niepodobał, czy pasza była nieodpowiednia, dość że jałówki wydawały cielęta albo nieżywe albo po kilku dniach zdychały. Sprowadzono lekarza weterynarii, ale i to nie pomogło – wszystkie cielęta wyzdychały. Strata to była ogromna, a dotego i te krowy nie były lepszymi rekordzistkami na mleko od miejscowych. Przypadkowo byłem świadkiem następującego incydentu. 

Do owych krów szwyców został przydzielony stary i dobry pastuch nazwiskiem Delikat. Bardzo lubiałem tego pastucha, bo był sumiennym pracownikiem, a jego córka Zosia i żona dobrymi i posłusznymi dojarkami. Wchodzę do obory i widzę jak hrabia Stanisław uderzył w twarz Delikata i ten upadł na wznak, krwawiąc z nosa. Nie mogłem znieść tego widoku i chwyciłem za widły stojące w kącie. Hrabia widząc to począł co sił uciekać z obory do pałacu, a że cugowa stajnia czasowo zajęta na oborę dla szwyców była blisko pałacu, wpadł więc na ganek i zatrzasnął za sobą drzwi. Za uciekającym zdążyłem tylko rzucić widłami, których już nie podnosiłem, i krzyknąć że mu tego nie daruję. Ale „co ma wisieć nie utonie”. Zginął na Podolu w 1917/18 r. (opowiadano mi to) z rąk jakiegoś podobnego Delikata. Ja po tym incydencie zabrałem swoje manatki i odjechałem do Mołodiatycz. I tak to się skończyła moja głośna praktyka w Hostynnem. W kilka miesięcy po mnie zwolnił się wuj Rogowski i przeniósł się do Rakołup, na takie samo stanowisko – zarządcy 2-ch folwarków. W Mołodiatyczach, którymi zarządzał mój ojciec, byłem od jesieni do stycznia 1914 r.

W Wielkim Tygodniu 1913 r. – mniej-więcej w marcu, kiedy byłem jeszcze w Hostynnem, zdarzył się następujący wypadek, a było to w Wielki Piątek 1913. Przyjechawszy na „Smyku” na śniadanie z Łotowa i wracając z powrotem do Łotowa spotkałem po drodze dwóch osobników idących w stronę folwarku Hostynne. Jeden z nich zatrzymał mego konia za uzdę i zapytał kto jestem, czy nie syn hrabiego ? na co odpowiedziałem przecząco. No to proszę prowadzić nas do hrabiego – powiedział jeden z nich. Hrabiego ani jego rodziny dziś nie ma, odpowiedziałem – albowiem wszyscy wyjechali wczoraj na Święta do Galicji. 

Tak właśnie było, że cały dom hrabstwa wyjechał do rodziny pod Lwów. Owi osobnicy udali się sami do dworu i upewniwszy się o wyjeździe hrabiów udali się do wujostwa Rogowskich. Wuj akurat skończył śniadanie i usiadł do robienia papierosów na święta. Przybyli zażądali śniadania, a odchodząc jeden z nich zabrał wujowi buty z cholewami, które stały w sypialni obok łóżka, proponując za nie zapłatę, lecz wuj odmówił wzięcia pieniędzy. Przybysze ci podawali się za socjalistów. Po blisko półgodzinnym pobycie, w czasie którego wuj częstował ich papierosami z dobrego bułgarskiego tytoniu, bo tylko takie palił, osobnicy ci wyszli udając się w niewiadomym kierunku.

Wieczorem nadeszła wiadomość, że jakichś dwóch osobników zastrzeliło p.Węglińskiego z Świdnik (koło Grabowca).  .................


Część: 0, 1, 2, 3, 4, 5

 


Webmaster: Alex@apsoft.com.pl

All Rights Reserved
Copyrights (c)
Aleksander Piwkowski

Ostatnia modyfikacja: 31 grudnia 2006